sobota, 11 czerwca 2016

7. Under the bright, but faded lights You set my heart on fire, but... Where are you now?

"Where you only imaginery? Where are you now?"


- Super! Naprawdę dobrze Ci poszło! - Słyszę brawa i zadowolony głos mojego fizjoterapeuty. Sama nie wierzę, że zdecydowałam się na rehabilitację. Ale jednak przebywanie w jednym pokoju 24/24 pogłębiało tylko mój żałosny dołek psychiczny. Pomyślałam też, że może dam radę w końcu wykonywać podstawowe czynności, bez pocenia się jak rasowy maratończyk.
    Źle myślałam. Pokonanie dosłownie kilku metrów bez kul, pomiędzy dwoma barierkami było dla mnie wręcz nadludzkim wysiłkiem.
    Łapczywie piłam dużymi łykami wodę mineralną, robiąc przerwy by złapać oddech. Gdy w końcu miałam pewność, że nie wypluję płuc, odwróciłam się do dobrze zbudowanego bruneta.
- To jest przecież jakaś katastrofa... Więc proszę, nie pieprz jakichś farmazonów. - Po półtorej tygodnia treningów wciąż nie mogłam umiejętnie rozłożyć ciężaru ciała na nogach. Z tego powodu albo lewa kończyna odmawiała całkiem współpracy, albo sygnalizowała nieziemskim bólem, że ma dość.
    Ja też miałam dość. Nie tylko z nienawiścią patrzyłam na metalowe barierki do trzymania równowagi, ale też nienawidziłam Filipa za to, że zmuszał mnie do bezcelowego wysiłku. Nie mówiąc już o niezwykle bolesnych zabiegach, pobudzających mięśnie i ścięgna do pracy.
- Daj spokój Insen. Tańczyć to ty szybko nie będziesz... Ale jeśli planujesz się hajtnąć czy coś... - Szturchnął mnie w bok łokciem, uśmiechając się jak głupi.
   Tak, za to też go nie nawidziłam. Bez przerwy się uśmiechał i tryskał optymizmem jak jakiś dzieciak w przedszkolu. Strasznie denerwujące.
- Nie orientujesz się, gdzie jest najbliższy klub dla kalekich? A może... randka w ciemno z kaleką? Już dziś i ty możesz zlitować się nad kaleką...
- Boże, hamuj! - Filip przybrał na twarz zniesmaczony grymas. Wzruszyłam ramionami. - Tobie by się jakiś terapeuta przydał... - Rzucił pod nosem podając mi ręcznik.
- Przecież mam ciebie... - Wytarłam pot z czoła i szyi.
- Mówię o psychologu. - Zagotowałam się na te słowa. Co jak co, ale wariatką jeszcze nie jestem! Posłałam Filipowi mordercze spojrzenie, jednak ten nie zrobił sobie z niego nic. Patrzył się na mnie swoimi pięknymi, brązowymi oczyma. Przypomniałam sobie, że jego rodzina pochodzi z Włoch. Tłumaczy to fakt ciemniejszej karnacji i naprawdę mocnego temperamentu. Pewnie gdybym była Aurorą przed wypadkiem, próbowałabym skłonić go do innego typu ćwiczeń, niż te okropne treningi. Ale nią już nie byłam, więc tylko przęłknęłam rosnącą gulę w gardle i uciekłam wzrokiem na pustą salę gimnastyczną. Dziwiłam się, że jeszcze nie pojawia się w moich koszmarach.
- Słuchaj, wiem że nie powinienem ci mówić co masz robić, przepraszam. Po prostu robisz naprawdę duże postępy, ale wiem, że sesje u psychologa przyspieszyłby rehabilitację. - Przerwał na chwilę, by położyć dłoń na moim ramieniu. - Wiem, że nie jest łatwo prosić o pomoc...





- Filip... - Przerwałam mu kręcąc głową. - Naprawdę, jestem ci wdzięczna za próby naprawienia mojego ciała, ale ja się muszę sama uporać z tym co mi siedzi w głowie. Nawet nie chcę, by ktokolwiek jeszcze marnował swój czas na mnie. - Dodałam, czując jego karcące spojrzenie. Uparty czort z niego.
- Głupoty gadasz, młoda. - Wywróciłam oczami, kiedy wstał z ławki i podał mi kule. Znak, że koniec na dzisiaj męczarni. Westchnęłam z ulgą, próbując zwlec swoje cztery litery z siedzenia. Muszę przyznać, że nabierałam do tego wprawy.
- Tobie przynajmniej płacą za rehabilitację... - Rzuciłam przyjmując kule. Filip patrzył się na mnie karcącym spojrzeniem.
- A co, masz jakiegoś wolontariusza na boku? - Uniósł jedną brew.
    Uśmiechnęłam się pod nosem. Kennethowi pasuje przydomek wolontariusz? Prędzej niańka...
   Już miałam odpowiedzieć, kiedy obiekt moich rozmyślań pojawił się w łuku łączącym salę gimnastyczną z mini boiskiem.
    To właśnie Kenny namówił mnie na podjęcie próby rehabilitacji. Polecił Filipa, który pomógł mu, kiedy sam miał kontuzję. Przygryzłam usta myśląc o długu jaki już miałam u skoczka. A rachunek z każdym dniem był coraz większy...
    Dwa tygodnie temu, kiedy w przypływie emocji nie chciałam go puścić do domu, zachował się niezwykle racjonalnie. Poczekał, aż uda mi się usnąć, po czym wrócił do siebie.
    Jednak wrócił dnia następnego. A potem widywaliśmy się codziennie. Kiedy tylko mógł odwoził mnie z rehabilitacji, jednak każdego dnia ciężko trenował, więc nie zawsze miał czas na bycie moją niańką.
    Nie zmieniało to faktu, że podczas krótkich spotkań całkowicie uzależniłam się od jego obecności.
    Miałam tylko nadzieję, że tego nie zauważy. Bałam się, że gdyby wiedział, jak bardzo na nim polegam, mógłby się przestraszyć i próbować stworzyć dystans. Ja sama się bałam mojej niesamodzielności. A jeszcze bardziej bałam się utraty Kenny'ego.
- Widzę, że jej nie oszczędzasz! - Uśmiechnięty Gangnes żwawym krokiem pokonywał dzielącą nas odległość, ubrany w niebieską kurtkę, oblepioną logami sponsorów. Nawet dostrzegłam znak firmy rodziców, gdzieś po prawej stronie suwaka. Roztaczał wokół siebie przyjemną aurę. A może to tylko moje odczucia?
- Nikomu nie odpuszczam. - Odezwał się Filip, witając się z Kennethem. - Ale muszę przyznać, daje radę... - Uśmiechnął się porozumiewawczo, na co tylko zgromiłam go wzrokiem. Chwilę później widok zasłonił mi skoczek, który nie pozwolił mi zripostować komentarza fizjoterapeuty. Jednak kiedy przytulił mnie do siebie, złość wyparowała w sekundzie.
- Jak trening? - Zapytałam, kiedy odsunął się nieco, by przyjrzeć się mojej twarzy. Pewnie wyglądałam, jak siedem nieszczęść, ale w jego oczach dostrzegłam dumę, więc nie przejęłam się moim nieciekawym wyglądem.
- W porządku. - Odparł krótko i opuścił głowę, skupiając się na moim kolanie. Poczułam ukłucie niepokoju. Zwykle potrafił streścić w szczegółach cały trening. Wtedy w jego oczach pojawiały się wesołe iskierki, a w głosie dominował zapał i entuzjazm. Nawet jeśli nie miałam pojęcia o jakich ćwiczeniach mówi, jego opowieści zawsze sprawiały mi dziwną przyjemność.
- Wszystko w porządku? - Zapytałam niepewnie, kiedy udawaliśmy się w kierunku szatni. Przykleił uśmiech na twarz, asekurując mnie przez całą drogę.
- W najlepszym. Mam dla ciebie niespodziankę. - Dodał tajemniczym tonem.
   Posłałam mu zszokowane spojrzenie. Robił dla mnie więcej niż moja rodzina przez całe życie i wymyśla jakieś niespodzianki?
   Już otwierałam usta, jednak nie pozwolił mi nawet zacząć.
- Nie kosztowała mnie nic, a jestem pewien, że ci się spodoba! Więc nawet nie chcę słyszeć słowa protestu. - Powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu. Zachowałam więc na moment swoje zdanie dla siebie, gryząc się w język. Słyszałam tylko śmiech Filipa, który uniósł kcik w górę.
    Zamykając damską przebieralnię upewniłam się, że obydwoje otrzymali po krótkim spojrzeniu z przymrużonych oczu.


- Ja wiem, że to nie jest żaden Husky, czy Owczarek Niemiecki, ale zasługuje na lepszy los niż jego matka i rodzeństwo...
    Patrzyła na mnie para najsmutniejszych psich oczu jakie kiedykolwiek widziałam. Szczeniak musiał mieć najwyżej kilka tygodni, lub parę miesięcy. Kenneth miał rację, nie rozpoznawałam żadnej rasy, jednak troszeczkę miał w sobie Golden Retrievera. Mogłam to stwierdzić po jasnej sierści i podobnej budowie.
    Właśnie ta mała, zabiedzona kulka była moją niespodzianką. Moje serce ścisnęło się, kiedy Gangnes opowiadał mi w jakich okolicznościach znalazł się w posiadaniu szczeniaka.
- Biedactwo... - Uwolniłam jedną rękę z kuli, by pogłaskać pieska po łepku. Widać było po nim, że jest nieufny do mnie, kiedy odsunął się od mojej dłoni i wtulił głębiej w kurtkę Kenny'ego. - Ciii... już jesteś w dobrych rękach, malutki.
    Jeden z pracowników ochrony obiektów narciarskich w Lillehammer usłyszał w nocy krzyki i zawodzenie zwierząt. Kiedy poszedł sprawdzić, czy może ktoś nie potrzebuje pomocy, zobaczył pijanego mężczyznę dobijającego sukę broniącej młodych. Niestety, kiedy przybył na miejsce, dwoje szczeniąt było już utopione, a ich matka ostatkiem sił gryzła rękę mężczyzny próbując ratować ostatnie szczenię.
    Historia wywołała poruszenie wśród trenerów i skoczków,  którzy przyszli na poranny trening. Mężczyzna został zatrzymany, a nieufny zwierzak ledwo dał się nakarmić. Jedynie Gangnesowi udało się dotrzeć do psiaka więc zdecydował się wziąć za niego odpowiedzialność.
    O dziwo, pomyślał o mnie, a raczej o długich, samotnych godzinach jakie spędzam w jednym pokoju.
- To jak, przygarniesz go? - Kenny spojrzał na mnie, jakby nie prosił za siebie, tylko za trzęsącą się w jego ramionach kulkę.
- Oczywiście, że tak... Przyda mi się towarzystwo... - Psina pozwoliła się wreszcie pogłaskać, jednak nadal patrzyła na mnie nieufnie. - Oj malutki... jesteś na mnie skazany, przykro mi. - Kątem oka widziałam, jak twarz Kennetha się rozpromienia. Czy on myślał, że wyrzucę to biedaczysko?
- Będziesz w dobrych rękach, Ares... - Kenny zagruchał do szczeniaka, który odchylił łepek i próbował go na psi sposób pocałować.
- Ares? - Zapytałam zdziwiona pakując się do samochodu.
- Aaa... tak, wiesz... - Kenny położył drżące zwierze na moich kolanach. - Silne imię dla silnego psa, prawda mały? - Ostatni raz podrapał go za uchem i zamknął drzwi od strony pasażera. Po chwili znalazł się na fotelu kierowcy i przygotowywał się do jazdy.
- Byłeś z nim u weterynarza? - Zapytałam, próbując przyciągnąć Aresa do siebie bliżej, jednak ten uroczo wyrywał się do Gangnesa.
- Jeszcze nie... nie wiedziałem, czy go przyjmiesz, a poza tym przyjechałem prosto z treningu. - Odpowiedział, wycofując pojazd z miejsca parkingowego.
- A śpieszy ci się do domu? - Zapytałam patrząc na zegarek na desce rozdzielczej. Wskazywał na kilka minut po szesnastej.
- W ogóle... właściwie to jutro mam wolne. - Powiedział skupiając się na drodze. Już miałam pytać, jakim cudem nie będzie jutro na treningu, kiedy odwrócił się i z uśmiechem spojrzał na szczeniaka. - Wygląda na to, że jedziemy do do doktora, mały...
     Zaniepokoił mnie fakt, że przez resztę jazdy nie potrafił mi spojrzeć w oczy.


  Na weterynarzu oczywiście się nie skończyło. Musiałam kupić jakąś podstawową wyprawkę dla Aresa. Naprawdę, tylko niezbędne rzeczy.
    Ale oczywiście, Kenneth musiał robić dwie rundy z samochodu do mojego pokoju, aby znieść wszystkie torby z zakupami.
    Najwięcej było karmy i potrawek. No bo skąd miałam wiedzieć, co Ares będzie lubił? Do wyboru były naprawdę wszystkie smaki świata. Musiałam więc wziąć wszystkiego po trochu. Pewnie wykupiłabym połowę sklepu, gdyby nie rozsądnie myślący Kenny.
- Zawsze opróżniasz większość sklepu do którego przychodzisz? - Położył ostatnią torbę na podłodze i usiadł na łóżku obok mnie. Ares spał bezgłośnie na moich kolanach.
    Spojrzałam na Gangnesa z niewinnym wyrazem twarzy.
- Jak robię zakupy to raz, a porządnie... - Wzruszyłam ramionami patrząc na zagraconą podłogę. Usłyszałam tylko jak chłopak wzdycha i kręci głową.
     Chwila ciszy wypełniła powietrze między nami, w której jak zahipnotyzowana wpatrywałam się w śpiącego Aresa. Chyba powoli zaczął się do mnie przekonywać. Chociaż w gabinecie weterynaryjnym drżał jak galareta. Nadal bał się reszty świata.
- Dbajcie o siebie nawzajem... - Kenny odezwał się smutnym głosem. Spojrzałam na niego pytająco, jednak ten znów nie patrzył mi w oczy. Po chwili jednak kontynuował. - Jutro w nocy wyjeżdżam na zgrupowanie... - Wiedziałam, że ten moment nastąpi. Wiedziałam, ale mimo to starałam się o tym nie myśleć. Jednak teraz słowa Kennetha sprowadziły mnie mocno na ziemię. Zagryzłam wargi starając się nie okazywać żadnych emocji. - Odkładałem to jak najdłużej mogłem, ale niedługo startuje Puchar Świata i ...
- Boże Kenneth... stop! - Przerwałam jego tłumaczenie równocześnie zmuszając go do spojrzenia na mnie. W jego oczach tlił się smutek. - Rozumiem wszystko, przecież nie musisz się tłumaczyć... - Starałam się uśmiechem zakryć prawdziwe emocje. A co czułam? Smutek, żal a nawet strach. Boże, byłam po prostu ofiarą losu i nikt nie może temu zaprzeczyć. Ale przynajmniej mogłam poudawać.
- Muszę wrócić do treningów z kadrą... Ten sezon to ostatnia szansa już... jestem staruszkiem przecież. - Czułam się tak głupio. Wiedziałam, że Kenny naprawdę stara się pogodzić treningi z odwiedzaniem mojej osoby, ale nie sądziłam, że poświęca aż tak dużo... Głupia! Głupia! Głupia!
- Przepraszam Kenneth... tak mi przykro, że pozwoliłam ci się tak niańczyć... Powinieneś skupić się na przygotowaniu do sezonu, a nie na kalece... - Za wszelką cenę próbowałam nie dopuścić do załamania się. Musiałam pokazać, że kiedy wyjedzie, poradzę sobie doskonale.
- Aurora, na litość Boską, nie mów tak! - Teraz to on zmusił mnie do spojrzenia sobie w oczy. Zaalarmowany poruszeniem Ares, powoli wybudzał się ze swojej drzemki. - Musisz wiedzieć, że nigdy nie byłaś i nie będziesz żadnym problemem. Gdybym nie mógł i nie chciał zostać, byłbym w Oslo od kilku tygodni... - Uśmiechnęłam się smutno, próbując uwierzyć w jego słowa. Czułam jak Ares opuszcza moje kolana wdrapując się na nogi Kennetha. Mały zdrajca...
- Ares, masz się opiekować panią... - Podniósł zwierzę na wysokość oczu. - I proszę, nie daj jej się rozpieścić... do końca... - Dodał patrząc na zakupy. Szczeniak tylko ziewnął przeciągle, prawdopodobnie niezadowolony, że ktoś przerwał mu sen.
- Będziemy tęsknić... - Odpowiedziałam, kiedy przekazał mi psiaka. - Ale będziemy też trzymać kciuki. Prawda? - Spojrzałam na Aresa, przytulonego do mojej piersi, jednak ten znów ziewnął próbując wrócić do spania. Położyłam go ostrożnie na łóżku.
- Ja też będę tęsknić. - Czułam jego dłoń na swojej. - Mam nadzieję, że będziesz na inauguracji sezonu?
- Jasne, że tak. - Miałam nadzieję, że ten weekend przyjdzie w miarę szybko. Po chwili ciszy to ja byłam pierwszą, która ją przerwała. - Zostaniesz jeszcze? Możemy podłączyć laptopa do telewizora i obejrzeć jakiś film... Lisa zrobi nam coś do jedzenia... - Miałam nadzieję, że moja próba zatrzymania go na dłużej nie wyglądała na tak desperacką, jak myślałam że była. Ten jednak tylko zdjął kurtkę kiwając głową.
- Jasne, w końcu nie muszę jutro się zrywać przed szóstą rano. - Przeciągnął się posyłając mi uśmiech. - Tylko ja wybieram. Nie namówisz mnie znowu na The Notebook czy inne gówno...


  Cieszyłam się, że dałam się namówić na "Incepcję". Kenny zapewniał, że na pewno mi się spodoba. Jak zwykle z resztą miał rację.
- To on w końcu śpi, czy nie? - Zapytałam, kiedy na ekranie przewijały się już napisy końcowe. Przez cały film leżałam z głową na jego kolanach, gdyż myślałam że zasnę podczas seansu. Nic takiego nie miało jednak miejsca, gdyż w stu procentach byłam zajęta śledzeniem losów bohaterów.
- W tym rzecz właśnie... - Gangnes wyłączył telewizor i spojrzał na mnie. - Każdy może sobie sam odpowiedzieć na pytanie. Zakończenie jest otwarte. - Wygramoliłam się z wygodnego siedziska i rzuciłam okiem na Aresa śpiącego słodko w swoim gniazdku obok grzejnika. Udało nam się go nakarmić, choć nie miał większego apetytu.
- Przyjmijmy, że wszystko skończyło się dobrze. - W głowie już miałam jutrzejszy dzień i tydzień i miesiąc. Bardzo się przyzwyczaiłam do obecności Kennetha i nie wiem jak stawię czoło rzeczywistości, w której go nie będzie, by odpędzać daleko czarne myśli.
   Chyba wyczuł zmianę w moim nastroju, gdyż nagle poczułam, jak przytula mnie do siebie mocno.
- Rudzielcu, błagam... nie zamykaj się tak w sobie i nie bądź taka smutna. - Szepnął głaskając mnie po głowie. Kiwnęłam tylko głową, walcząc ze łzami. Ale znów, musiałam zgrywać twardą. Kenneth musiał się skupić na treningu, myśląc, że doskonale sobie radzę bez niego. Z resztą... miałam inne wyjście?
- Wszystko ok, naprawdę. Mam dwadzieścia dwa lata, nie dwanaście. - A mimo wszystko nie chciałam, żeby przestał mnie obejmować, jak starszy brat pocieszający małą siostrzyczkę.
- Wiem, ale nie chcę cię zostawiać samej. - Czułam jak wzrusza ramionami.
- Poradzę sobie, a poza tym... - Wskazałam na śpiącego Aresa, odsuwając się niechętnie od chłopaka. - Mam już opiekuna... - Nie mogłam spojrzeć mu w oczy. Bałam się, że spowoduje to łzy, czy inny rodzaj kompromitacji. Czułam jak podnosi się z łóżka i udaje się do psa.
- Trzymaj się, mały... - Pogłaskał śpiącą kulkę i wreszcie skupił się na mnie.
   Z całych sił próbowałam zachować beznamiętny wyraz twarzy. Ale prawda jest taka, że od kiedy w środku nocy zawiózł mnie na cmentarz patrzyłam na niego jak na ostatni promyk światła w otaczającej mnie ciemności. A teraz miał odejść i zabrać to światło i ciepło ze sobą.
   Kiedy przykucnął na podłodze przede mną, myślałam że już nie wytrzymam i zacznę błagać, by został. Jednak jedno spojrzenie w jego piękne, szare oczy dodało mi sił w walce z moim egoizmem
- Rudzielcu... obiecaj mi, że jak cokolwiek będzie się dziać, dasz mi znać. - Powiedział śmiertelnie poważnym tonem.
- Kenny, błagam myśl o sobie, nie o mnie... - Powiedziałam z pobłażliwym uśmiechem.
- To już nie wchodzi w grę, rudzielcu... - Zamknął jedną z moich dłoni w swojej i podniósł ją do twarzy. - Także musisz mi to obiecać... Żebym był spokojniejszy...
- Obiecuję... - Nie mogłam powiedzieć niczego innego, kiedy patrzył mi w oczy a nasze twarze dzieliły dosłownie centymetry. - Dziękuję... dziękuję za wszystko, Kenny... - Szepnęłam, czując, że żadne słowa nie wyrażą mojej wdzięczności.
- Naprawdę, nie ma za co, Rudzielcu... - Uśmiechnął się delikatnie. - Będę się już zbierać...
    Znów pozwoliłam oddać kontrolę nad moimi ruchami jakiejś nieznanej sile. Szybko zbliżyłam swoją twarz do jego i delikatnie musnęłam swoimi ustami jego policzek. Nawet nie zdążyłam się odsunąć, kiedy przyciągnął mnie mocno do siebie i zatopił w swoich objęciach.
    Zamknęłam oczy pozwalając, by choć na chwilę opuściły mnie obawy o niepewne jutro.


~~~~

Cześć! Jest tu ktoś?
Wróciłam... Chyba długo mnie nie było.
Wszystko przez TBC - Totalny brak czasu.
Niestety, rozdziały nie będą pojawiać się tak szybko jak kiedyś, chyba, że jakimś cudem dostanę urlop.
Jeszcze jedno, nie wiem, czy wszystkie z Was o tym wiedzą ale niestety, Kenneth Gangnes po upadku na treningu doznał kolejnej poważnej kontuzji... znów więzadła krzyżowe w tym samym kolanie... :( Naprawdę dużo nieszczęść spadło na Kenny'ego przez całą karierę... Strasznie mi przykro, że znów tragedia Go dotyka...
Bądźmy dobrej myśli!
No ale kończę już...
Miłego czytania... i pamiętajcie, każdy komentarz jest dla mnie na wagę złota... :)


12 komentarzy:

  1. Jestem :)
    Kochana, naprawdę fantastyczny rozdział!
    Z jednej strony ogromnie cieszę się, że Kenneth tak pomaga i wspiera we wszystkim dziewczynę, poświęca jej tyle czasu.
    Z drugiej jednak strony sądzę, iż nie powinien tak zaniedbywać treningów i poświęcić im również czas.
    Takie wyważenie byłoby chyba najrozsądniejsze.
    Końcówka... zrobiło się jakoś słodko :))
    Wiem, co się stało Kennethowi... Naprawdę ogromnie szkoda mi tego chłopaka. Tak, trzeba być dobrej myśli. To chyba jedyne rozwiązanie.
    Do kolejnego!
    Buziaki ;***

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej!
    Piękny rozdział. Bardzo spodobało mi się, jak pokazałaś relację Aurory i Kennetha. Niby nie mówili zbyt o tym, jak bardzo im na sobie zależy i jak zbliżyli się do siebie, ale słów wcale tutaj nie było trzeba. Można było to dostrzec w ich zachowaniu, w każdym geście i w tym, jak ciężko im było się rozstać. Kenneth podarował dziewczynie idealny prezent :-) Taki piesek może zostać jej najlepszym przyjacielem i sprawić, że już nie będzie się czuła sama i niepotrzebna. Dobrze, że zależy mu także, aby Aurora walczyła o siebie i próbowała stanąć na nogi.
    Fizjoterapeuta chyba też miał rację, że dziewczynie przydałby się psycholog. To mogłoby jej dużo pomóc.
    Niestety, słyszałam te okropne wieści o Kennecie :-(
    Czekam na kolejny rozdział.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. ojeny, rozczuliłam się i starłam łezkę, cieknącą z kącika oka po tej historii z psem. złoty człowiek <3
    jak dobrze, że Kenny namówił Aurorę na rehabilitację... Filip ma rację, powinna udać się do psychologa, to by jej pomogło... oj tak.
    nie wierzę
    pocałowała go
    omfg
    miałam atak fangirlingu, ktory zakończyła notka pod rozdziałem. eh, jeśli tak to ja nie chcę pracować XD no i Kenny... jeny, spłakałam się, jak czytałam o jego wypadku, czy jak widzę filmiki/zdjęcia od chłopaków z Norge z nim... ;;;
    czekam na kolejny, buziaki <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem! Z małym opóźnieniem, ale mam nadzieję, że mi je wybaczysz :)
    Cudny rozdział, naprawdę *.*
    Bardzo mi się podoba to, w jaki sposób przedstawiasz nam relację bohaterów. Widać, że Aurora i Kenneth zbliżają się do siebie coraz bardziej, chociaż sami po sobie może tego jakoś wyraźnie nie pokazują. Ciężko się przy nich nie rozczulić. Jest uroczo!
    Słyszałam niestety o tej kontuzji Kennetha. No nie ma chłopak szczęścia, co tu dużo mówić :( Ale chyba humor go nie opuścił, z tego, co widziałam na filmikach, więc mam nadzieję, że szybko do nas wróci.
    Weny!
    Buziaki :**

    OdpowiedzUsuń
  5. No hejooo! ;*
    Pięknie zaczyna nam się robić! <3 Aurora i Kenny są coraz bliżej, powoli ta więź im się zazębia, a na to czekałam. :) Pięknie i uroczo! <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Rozdział genialny! ❤
    Ściskam. ;*

    OdpowiedzUsuń
  7. Przepraszam, że jestem dopiero teraz. :c Nie mam nawet nic na swoją obronę...
    O mamuniu! <3 Rozdział genialny, cudowny, świetny.
    Aurora i Kenny zbliżają się do siebie, och. Podoba mi się, że nic nie dzieje się tu zbyt szybko.
    Czekam na kolejny i ściskam ;*

    OdpowiedzUsuń
  8. Cześć :D
    Nadrabiam też i tu :D
    Szkoda mi cholernie Kennego. Byłam w mega szoku, gdy się dowiedziałam. Ale wiem, że i z tym sobie poradzi :D Silny chłop z niego :D
    A co do dwóch ostatnich rozdziałów, to mogę powiedzieć tylko: w końcu! Oboje się od siebie w jakiś sposób uzależnili, dbają o siebie i w jakiś sposób do siebie należą. I Ares <3 Kenny jest kochany :D
    Czekam niecierpliwie na kolejny (oby wolnego było więcej. Nie tylko na pisanie, ale na zasłużony odpoczynek) :D
    Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
  9. Biorę się za czytanie od początku ;D
    I zapraszam do siebie ;)

    http://ponizona.blogspot.com/2016/06/prolog.html#comment-form zapraszam na prolog ;) W roli głównej boski Enrique Iglesias ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Aaa "Faded"! Kocham. Jakoś... jeszcze większy nastrój nadało to rozdziałowi.
    Zacieszam jak dziecko przez tę końcówkę! :D
    Łatwo nie będzie jej, już nie jest i tak, ale od czego są telefony? I nowy towarzysz? Poza tym naprawdę opcja z psychologiem to nie jest głupi pomysł. Nie trzeba być "wariatką".
    Omg czy ja wspominałam jakim cudeńkiem jest ta historią i jak bardzo to uwielbiam? Nie? To mówię.
    I przepraszam bardzobardzo za opóźnienie. Aż mi wstyd :c Mnie również dopadł TBC, a cholernie trudno potem wrócić do jakiekolwiek blogowego rytmu i no... Ale już jestem. I nigdzie się nie wybieram! Właściwie to już wyczekuję na kolejny rozdział. Zawsze mi jakoś za szybko się je czyta i ciągle jest mało :)
    Pozdrawiam, życzę weny, czasu i odpoczynku :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Wpadlam przypadkiem, zostane do konca. Swietnie piszesz ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń